psav zdjęcie główne
Próbował pan sobie wyobrazić siebie w sytuacji, w jakiej znaleźli się chłopcy w
Tham Luang Nang Non? Uwięzionego przez wiele dni pod ziemią, w
jaskiniach zalanych wodą? Co by pan wówczas zrobił?
Jestem
przekonany, że – podobnie jak większość ludzi Zachodu – bym nie
przeżył. To, co zaszło w tych jaskiniach, od początku do końca było
wydarzeniem ekstremalnym. Zwłaszcza przez pierwszych dziewięć dni, zanim
nie odnaleziono zaginionych: uwięzieni nie wiedzieli przecież, czy
ktokolwiek ruszy im na pomoc, czy mają choćby cień szansy na przeżycie.
Nadzieja pojawiła się dopiero potem, ale oni potrafili przetrwać ten
czas, nie gubiąc człowieczeństwa i zdrowych zmysłów. Tych chłopców
uratowały medytacja, dyscyplina i wiara buddyjska. Potrafili się
wyłączyć mentalnie z tego, co się działo, przejść myślami w inny świat,
odejść w odmienny stan świadomości, próbując doświadczyć uczucia
nirwany. Ja sam nie medytuję, ale wiem, jak to działa na ludzi. Dlatego
jestem przekonany, że mimo przeżycia takiego koszmaru, to wydarzenie nie
będzie zapewne miało większych niekorzystnych skutków na zdrowie
psychiczne tych młodych ludzi. Ale jeszcze raz powtórzę – ja bym tego
nie przeżył. Inna sprawa, że bym tam nie wszedł. Raz, że za ciasno. Dwa,
że wiszą tabliczki z ostrzeżeniami, aby tego nie robić w porze
deszczowej.
To dlaczego tam zeszli?
Tego
jeszcze nikt nie wie. Lipiec to na tych terenach okres pory deszczowej,
która trwa aż do listopada. Gdy przychodzi tropikalna ulewa, jaskinie
są całkiem pozalewane, pojawiają się wodospady, wchodzenie tam to
samobójstwo. Nie chcę spekulować, co spowodowało, że ci młodzi ludzie
podjęli takie ryzyko. Trener namówił chłopaków, czy może to oni namówili
jego? Chcieli pozwiedzać, nie zdawali sobie sprawy z ryzyka, czy może
było to wyzwanie rzucone losowi? Wiadomo tylko, że planowali tę wyprawę
od dawna, mieli ze sobą niewielkie racje żywnościowe, co zresztą
pozwoliło im przetrwać. Cały wywiad przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej